Potwory w Nowym Jorku - recenzja gry

Autor: Tomasz "Gambit" Dobosz
15 sierpnia 2016

Potwory w Tokio były, a właściwie nadal są, bardzo fajną turlanką z wielkimi potworami. Ciekawy pomysł i niezłe wykonanie sprawiły, że ta gra bardzo często ląduje na moim stole. Kiedy usłyszałem o „drugiej części” zacząłem się zastanawiać co tam zmienią i jak to wyjdzie. Jednak za angielskie wydanie King of New York się nie łapałem. Czułem, że Egmont wyda ten sequel po polsku. I nie zawiodłem się.

Egmont wydał King of New York jako Potwory w Nowym Jorku (czyli bez szaleństw w nazwie). Pozostaje pytanie. Ile w nowej odsłonie Potworów jest nowości?

Jak się okazuje całkiem sporo. Trzon mechaniki pozostał co prawda ten sam, jednak obudowano go kilkoma całkiem przyjemnymi dodatkami.

Zacznijmy zatem od podstaw. Potworach w Nowym Jorku od 2 do 6 graczy walczy o dominację swoich tytułowych potworów, w równie tytułowym Nowym Jorku. Udowodnić swoją wyższość można na dwa sposoby. Pierwszym jest oczywiście pozostanie na placu walki jako jedyny żywy potwór. Drugim jest zdobycie 20 punktów zwycięstwa.

Trzon mechaniki jak już wspomniałem został niemalże niezmieniony od poprzedniej części. Każdy z graczy wybiera swojego potwora, który nie różni się od pozostałych niczym oprócz wyglądu. Następnie w swojej turze rzuca pięcioma kośćmi, które mają na ściankach różne symbole. Po pierwszym rzucie, przysługują mu dwa przerzuty tych kostek, których wyniki mu się nie podobają. Potem sprawdza co też mu na tych kostkach finalnie wypadło i rozpatruje owe wyniki.

A wyników jest sześć. Tyle co ścianek na kostce. Pierwszy to pazurzasta łapa. Gracz zadaje innym potworom tyle obrażeń, ile wyrzucił symboli pazurów. Tyle, że jest tu pewien „myk”. Otóż potwory nie są zawieszone w próżni. Potwory siedzą w Nowym Jorku, czyli na planszy, która go przedstawia. Plansza ta pokazuje NY podzielony na dzielnice. Mamy Queens, Brooklyn, Staten Island, Bronx i oczywiście Manhattan. I teraz, potwór siedzący na Manhattanie, zadaje obrażenia wszystkim potworom poza Manhattanem. Natomiast jeśli łapki rozlicza potwór siedzący poza Manhattanem, to zadaje rany tylko temu, który siedzi na Manhattanie.

Kolejna ikonka, to błyskawica. Za każdą wyrzuconą błyskawicę, gracz otrzymuje jeden żeton energii. Żetony te można wydawać na zakup specjalnych kart, lub też na opłacanie ich efektów (jeśli takowe są). Karty te dają różne ciekawe bonusy naszym stworom, a czasem też robią krzywdę naszym przeciwnikom.

Dalej mamy ikonę serca. To jest akurat dość proste. Każda taka ikona, leczy jedną ranę u naszego potwora. Jednak trzeba uważać, bo takie leczenie nie działa na Manhattanie, czyli w dzielnicy, która niejako jest naszym celem, bo daje nam punkty zwycięstwa i możliwość bicia wielu monstrów jednocześnie.

Powyższe trzy ikonki były znane również graczom, którzy walczyli o dominację w Tokio. Kolejne trzy będą dla nich nowością.

Pierwsza z tej trójki jest ikona gwiazdki. Sama z siebie nie robi nic szczególnego. Jednak jeśli na końcu rzutów, będziemy mieli trzy gwiazdki, dostajemy kartę Supergwiazdy. Dopóki będziemy ją mieli (odebrać ją może nam inny gracz, który rzuci trzy gwiazdki), dopóty za każdą wyrzuconą gwiazdkę, będziemy dostawać punkt zwycięstwa.

Kolejna ikonka, to zniszczony budynek. Ikona ta „współpracuje” z żetonami budynków, które pojawiają się na planszy. Otóż w każdej dzielnicy układa się po dziewięć żetonów budynków (trzy stosy po trzy żetony). Owe budynki mają pewną wytrzymałość (od 1 do 3). Można je niszczyć, „wydając” odpowiednią liczbę ikon zniszczonego budynku, które wyrzuciło się na kościach. Co daje zniszczenie budynku? Po pierwsze pewną nagrodę, która jest wskazana na takim żetonie. Może to być dodatkowa energia, punkty zwycięstwa, lub przywrócenie punktów życia (to leczenie działa na Manhattanie). Po drugie powoduje, że budynek „zamienia się” w jednostkę wojskową, która może nas w przyszłości zranić. Na szczęście taką jednostkę również da się zniszczyć wyrzucając odpowiednią liczbę ikon budynków, za co dostaniemy kolejną nagrodę.

Ostatnia ikonka to czaszka. Jak się domyślacie nie oznacza nic miłego. Aktywuje ona jednostki wojskowe leżące na planszy. Jednak rodzaj aktywacji zależy od liczby wyrzuconych czaszek. Jedna czaszka, to aktywacja wszystkich jednostek w dzielnicy, w której stoi nasz potwór. Jednostki te atakują tylko naszego podopiecznego. Dwie czaszki nadal aktywują jednostki tylko w naszej dzielnicy, jednak celem ataku są wszystkie potwory w tej dzielnicy. Trzy lub więcej czaszek, to ogólna ofensywa wojskowa. Aktywowane są jednostki we wszystkich dzielnicach. Celem są potwory stojące w dzielnicach z wojskiem. Na szczęście każda jednostka zadaje tylko jedną ranę, ale atak w nieodpowiednim momencie, może okazać się bardzo szkodliwy dla zdrowia.

Tu dotykamy kolejnej dość istotnej rzeczy w Potworach w Nowym Jorku, czyli podziału planszy na dzielnice. Gracze mogą poruszać dość dowolnie swoimi potworami po planszy (jedynie wejście do Manhattanu jest obwarowane specjalnymi zasadami). Takie poruszanie się może stać się pewnym elementem taktyki, kiedy będziemy polować na budynki, czy jednostki dające punkty zwycięstwa, albo zostawimy komuś w dzielnicy sporo jednostek i uciekniemy stamtąd licząc na to, że go przypadkiem odstrzelą.

Ogólnie Potwory w Nowym Jorku dzięki żetonom budynków/wojska i rozbudowanej planszy z możliwością ruchu stało się grą, w której gracz ma więcej decyzji do podjęcia, a dodatkowo te decyzje mają wpływ na końcowy wynik. W końcu zwycięstwo na punkty stało się bardziej możliwe i przestało być wyjściem dla mięczaków. Do obu rodzajów wygranej możemy dojść na różne sposoby, co bardzo mi się podoba. Potwory w Nowym Jorku są bardziej „dla graczy” niż Potwory w Tokio.

Jednak nie znaczy to, że Potwory w Tokio stały się grą zbędną. Radosne turlanie w Tokio świetnie sprawdza się dla młodszych graczy i zupełnych nowicjuszy. Na mojej półce Tokio i Nowy Jork będą stały zgodnie ramię w ramię (a raczej pudełko w pudełko) i pewnie będą równie często trafiać na stół.

Mam też pewne zastrzeżenie do Potworów w Nowym Jorku. Zastanawiam się dlaczego nie zawarto w grze od razu dodatku Doładowanie. Czym jest Doładowanie? To dodatek, który dostała gra Potwory w Tokio, a który wprowadził karty sprawiające, iż potwory zaczęły się różnić od siebie nie tylko wyglądem, ale i mocami. Skoro twórcy wiedzieli, że dodatek ten ma rację bytu, bo przecież Nowy Jork też dostanie swoje Doładowanie w tym roku, to czemu nie dali tych kart od razu w podstawce? O ile można to zrozumieć w przypadku poprzedniej części, to jednak teraz mam wrażenie, że specjalnie pozostawiono część gry niejako „z tyłu”, aby potem zarobić więcej kasy sprzedając to jako dodatek. Trochę mnie to denerwuje.

Tak czy inaczej, Potwory w Nowym Jorku, to kawał fajnej i radosnej gry. Gry, która oprócz radosnego turlania i przestawiania wielkich kolorowych, tekturowych potworów, daje szansę pokombinowania i podejmowania pewnych decyzji. A do tego jest na tyle prosta, że nadal może stanowić grę wprowadzającą. Szczerze polecam, nawet jeśli macie już na półce Potwory w Tokio.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie gry do recenzji.

Ocena: 8/10

Plusy:
+ proste zasady
+ świetna zabawa
+ podobne, ale jednocześnie wystarczająco inne do Potworów w Tokio
+ świetna dla nowicjuszy i zaawansowanych graczy

Minusy:
- czemu nie ma od razu Doładowania?

Potwory w Nowym Jorku

Gatunek gry: towarzyska
Wydawca: Egmont Polska
Liczba graczy: 2-6 osób
Czas gry: ok. 40 min.
Dopuszczalny wiek graczy: 10+
W pudełku:
  • 8 kostek
  • 66 kart
  • 46 żetony efektów
  • 6 planszetek potworów
  • 6 kartonowych postaci potworów z podstawkami
  • 45 znaczników
  •  ~50 sześcianów energii
  • plansza
  • instrukcja


blog comments powered by Disqus