Kingsport Festiwal - recenzja gry

Autor: Tomasz "Gambit" Dobosz
27 września 2014

Tak się złożyło, że gry, które tematyką nawiązują do mitologii stworzonej przez Lovecrafta, łykam jak młody pelikan. Dlatego na wieść o Kingsport Festiwal, oczy mi się zaświeciły. Dodatkowym powodem było to, że gra była przedstawiana, jako Kingsburg w świecie Cthulhu. A Kingsburg od dawna był na mojej liście „do zakupu”. Dlatego obok Kingsport Festiwal nie mogłem przejść obojętnie.

Do recenzji otrzymaliśmy polską edycję gry, którą wydaje Black Monk Games. Pierwsze wrażenie było całkiem pozytywne. Możecie to zresztą zobaczyć na poniższym filmiku.

Niestety początkowy zachwyt nad wykonaniem gry, nieco osłabł w trakcie zabawy. Na wierzch wylazło kilka spraw, które zaczęły mnie i kilku innych graczy nieco uwierać.

Pierwsza rzecz, to wszechobecny mrok. Wiem, że mity Cthulhu nie należą do tych, w których jest kolorowo i radośnie, ale w Kingsport Festiwal mrok i ciemność na kartach sprawiają, że niektóre karty ciężko odczytać. Czcionka jest słabo widoczna zwłaszcza na kartach czarów. Trochę to drażni. Tak samo jak kafelki budynków, które są opisane z jednej strony. Kilka początkowych gier, to festiwal rozrzucania dysków graczy kontrolujących budynki, kiedy sięgamy na planszę i bierzemy kafelek do przeczytania. Później, gdy już nauczymy się co robią poszczególne lokacje, zdarza się to rzadziej, ale jednak.

Kolejny mój zarzut, to sprawa czysto uznaniowa, z czego zdaję sobie sprawę. Wciąż zadaję sobie pytanie, dlaczego na awersie kart przedwiecznych nie umieszczono ich nazw. Cała pisana informacja znajduje się na rewersie. O to w zasadzie nie mam pretensji, bo tekstu jest dużo. Jednak w trakcie gry niemal nie widzimy całego „fluffu” skojarzonego z przedwiecznymi, których wzywamy. Jednak fakt braku imienia na awersie, to moim zdaniem zbrodnia. Niewielu lovecraftowskich bogów jestem w stanie rozpoznać na pierwszy rzut oka. Tak jak pewnie i inni gracze. Dlatego w czasie gry zbyt często wzywaliśmy „Tego kolesia z dużymi zębami”, albo „Trzynastkę”, zamiast Dagona, Shoggotha, czy Yiga. To zdecydowanie negatywnie odbijało się na klimacie.

No dobra, ale ja tu marudzę o wykonaniu, a Wy chcecie dowiedzieć się o czym jest gra. Otóż w Kingsport Festiwal, gracze wcielają się w kultystów, którzy oddają cześć przedwiecznym. Do tego starają się rozbudować swe wpływy w Kingsport, przegonić wrednych Badaczy i nie stracić zbyt wiele poczytalności. A na końcu pochwalić się największą liczbą punktów. Proste jak konstrukcja cepa.

Cała gra opiera się na rzutach kośćmi. Na początku tury, wszyscy gracze rzucają trzema sześciościennymi kośćmi i sprawdzają swój wynik. Tura będzie rozgrywana w kolejności od tego, kto rzucił najmniej, do tego, który rzucił najwięcej.

Pierwszą czynnością, jaką wykonuje gracz po ustaleniu kolejności, jest przyzwanie przedwiecznego. W tym celu, należy wziąć swoje kości i przydzielić je do maszkary (albo maszkar – bo mamy przecież trzy kostki), której chcemy się pokłonić. Prastarych bogów jest w grze dwudziestu i są oni oznaczeni liczbami od 1 do 19, a jeden z nich ma na sobie znaczek X. Aby wezwać takiego boga, należy umieścić na nim kostki o sumie dokładnie takiej, jak jego numer. Można to zrobić jedną, dwiema, lub trzema kostkami. X przyjmuje dowolną sumę, a żeby dostać się do pana 19, trzeba mieć możliwość manipulowania swoim wynikiem, co przychodzi z czasem. Oczywiście jak w wielu grach, gdzie przydzielamy jakieś kostki, czy pracowników do akcji, tak i tu, jeśli ktoś zajmie jednego z przedwiecznych, to już nikt inny w tej turze nie może się do niego przytulić. Wyjątkiem jest koleś z „kosztem” X, który kocha wszystkich kultystów, niezależnie od tego ilu ich jest.

Wspieranie bóstw, daje kultystom pewne przywileje, choć czasem kosztuje poczytalność. Ustawiając kostki na przedwiecznych, gracze dostają zasoby (zło, ciemność i śmierć – najdziwniejsze zasoby jakie widziałem), czary, i inne ciekawe rzeczy. Im potężniejszego boga wzywają, tym więcej i lepsze zasoby mogą pozyskać, ale tym więcej poczytalności tracą. A poczytalność jest ważna, bo jak jej nie mamy, to tracimy punkty zwycięstwa.

Po tym jak już poustawiamy kostki na planszach przedwiecznych, przychodzi czas na rozprzestrzenianie kultu. W tym celu należy wydawać zdobyte kosztem zwichrowanej psychiki zasoby na zdobywanie kontroli nad poszczególnymi budynkami w Kingsport. Każdy kultysta może zająć dowolny budynek, nawet jeśli wcześniej wprowadził się tam jego przeciwnik. Ważne tylko, aby robić to w odpowiedniej kolejności. Najpierw trzeba zdobyć budynek poziomu I, a potem poruszać się zgodnie ze strzałkami, które rozłażą się niczym robactwo po całym mieście. Kontrola nad tymi budynkami jest dość ważna, bo nie dość że dostajemy za nie punkty zwycięstwa, to jeszcze dają one specjalne zdolności, pozwalające na lepsze przyzywanie bóstw, czy walkę z Badaczami.

No właśnie. Co jakiś czas, graczy zaczynają nękać Badacze. Przyłazi taki jeden z drugim do Kingsport i zaczyna węszyć. W tych kilku momentach, kiedy zaczyna się robić gorąco, najpierw gracze rozpatrują specjalną kartę Wydarzenia, a potem walczą z Badaczem. Wydarzenie, to po prostu coś co ma negatywne, lub pozytywne skutki na naszą sytuację w grze. Natomiast walka z Badaczem polega na porównaniu jego siły z naszą. Jeśli mamy większą, dostajemy nagrodę. Jeśli mniejszą, dzieją się złe rzeczy. Przy remisie nic się nie dzieje. Na szczęście można się zawczasu przygotować na wydarzenia i badaczy dzięki zdolnościom Wróżbiarstwa, którą dają niektórzy bogowie. Pozwala to podejrzeć nadciągające karty i zebrać siły.

We wszelkich przygotowaniach i manipulacjach nieodzowne są nie tylko budynki, o których wspomniałem, ale i karty czarów. Tych są trzy rodzaje. Czary Zniszczenia pozwalają łatwiej szerzyć wpływy w mieście. Czary Zła modyfikują wyniki na kostkach, co pozwala na przyzwanie innego boga, niż wynika to z samych rzutów. Natomiast magia Śmierci podnosi skuteczność kultystów w walce z Badaczami. Co ciekawe instrukcja o czarach wspomina niejako półgębkiem, gdzieś w małej ramce z boku strony.

I tak to leci przez kilka tur. Rzucamy kośćmi, ustalamy kolejność, wzywamy bóstwa, rozprzestrzeniamy swoje wpływy i ewentualnie walczymy z Badaczami. Wokół tego wszystkiego tracimy i zyskujemy Poczytalność, punkty Magii, dostajemy i rzucamy czary, a także zbieramy i wydajemy zasoby. To wszystko razem jest niestety dość nudne. Ale…Na szczęście w grze są karty Scenariuszy i Festiwali. Są to karty, które modyfikują zasady gry w pewien sposób. Jedna pozwala budować dowolny budynek, bez konieczności podążania za strzałkami, inne modyfikują zasady wzywania przedwiecznych, a jeszcze inna manipuluje wydarzeniami. Dodatkowo, scenariusz określa tury, w których zaatakują Badacze. Karty Festiwali, które są wprowadzane do gry przez niektóre scenariusze, to z kolei modyfikacje punktacji, które przez całą grę są niejawne. O tym co zmienia używana w danej rozgrywce karta Festiwalu dowiadujemy się dopiero na końcu i nagle może się okazać, że to w co ładowaliśmy całą naszą energię, jest funta kłaków warte. To może być dla niektórych osób minus, że nie wiedzą dokładnie, co da im punkty, ale z drugiej strony przecież zadawanie się z przedwiecznymi jest strasznie chaotyczne.

Chaotyczne i losowe. Bo cała ta gra jest przecież losowa. Ruch gracza opiera się na rzucie trzema kośćmi. Fakt, że potem możemy się starać jakoś mądrze je rozłożyć, czy modyfikować wynik różnymi zdolnościami. Jednak nie ulega wątpliwości, że u podstaw tej gry leży losowość. Jeśli zatem nie lubicie gier, w których kości mają bardzo dużo do powiedzenia, to trzymajcie się od Kingsport Festiwal z daleka. Słyszałem głosy mówiące, że ciężko się podnieść po serii kiepskich rzutów. Niestety nie jestem w stanie tego potwierdzić, ani temu zaprzeczyć. Po prostu nie mieliśmy w naszych grach takich dzikich serii pecha w rzutach. Nie będę również w stanie porównać dla Was Kingsport Festiwal z Kingsburg. W tę drugą grę udało mi się kiedyś zagrać tylko raz. Mogę tylko napisać, że mechanicznie są prawie takie same.

Jednym z pytań, jakie może się tu pojawić, jest „Czy Kingsport Festiwal trzyma klimat Lovecrafta”. I tak i nie. Jak już wcześniej wspomniałem, jest mrok, są fajne grafiki, są kultyści. Ale brakuje też imion przedwiecznych na widoku, przez co nie możemy od razu wskoczyć w buty kultystów. Ciągłe podnoszenie i odwracanie kart, czy żetonów budynków nie tylko psuje klimat, ale i wydłuża niepotrzebnie rozgrywkę. Wystarczyłoby kilka prostych zabiegów i nie byłoby zgrzytów wybijających z rytmu i klimatu.

Ogólnie zabawa w kultystę ma swój urok. Kostki turlają się wesoło, przedwieczni czekają na wezwanie, kultyści tracą zmysły, a Badacze się czają. Tylko pamiętajcie, żeby grać ze scenariuszami. Od razu siadajcie do tego ciekawszego wariantu.

Dziękujemy wydawnictwu Black Monk Games za udostępnienie egzemplarza gry do recenzji

Ocena 7/10

Plusy:
+ dice placement
+ Lovecraft
+ jakość wykonania
+ scenariusze

Minusy:
- brak imion przedwiecznych na awersie karty
- mało czytelne karty czarów, wydarzeń i tym podobnych
- ciągle podnosi się i sprawdza budynki
- losowość (niektórym może to przeszkadzać)

Kingsport Festiwal

Gatunek gry: kościana
Wydawca: Black Monk Games
Liczba graczy: 3-5 osób
Czas gry: ok. 90 min.
Dopuszczalny wiek graczy: 12+
W pudełku:
  • Instrukcja
  • Plansza
  • 20 kart Wielkich Przedwiecznych
  • 16 kafelków Budynków
  • 5 żetonów Kultu
  • 4 znaczniki Ataku
  • 110 kart
  • 161 drewnianych elementów
  • 6 znaczników punktów
  • 75 dysków wpływów
  • 65 kolorowych kostek
  • 15 kości do gry
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus