Recenzja gry "Uga Buga"

Autor: Tomasz "Gambit" Dobosz
Korekta: Gruszmen
31 marca 2012

Gry imprezowe, to zawsze wdzięczny temat do recenzji. Poznanie prawideł gry zajmuje chwilę, rozegranie kilku(nastu) partyjek ze znajomymi to też kwestia maksymalnie dwóch odcinków „M jak Miłość”, a i znalezienie chętnych do gry nie nastręcza problemów. Z drugiej jednak strony, kiedy człowiek siada do pisania zauważa, że nie ma o czym. Normalnie pozachwycałby się rewelacyjnymi rozwiązaniami w mechanice, lub sklął zbytnią losowość podczas rozstrzygania starć między kubańskimi jednostkami pancernymi, a producentami szkła z Malezji. A o czym pisać w przypadku gry imprezowej, w której wykłada się karty i wydaje dziwne odgłosy paszczą? Zobaczcie sami.

Uga Buga, to jedna z tych gier imprezowych, które składają się z talii kwadratowych kart z dziwnymi rysunkami i wyrazami. Nie jest jednak pozbawiona głębszej fabuły. Oto gracze cofają się w czasie do momentu, kiedy skuteczny podryw przeprowadzało się za pomocą ciosu maczugi w łeb, a na zakupy szło się całą paczką, bo żywność miała tendencję do zaciekłego bronienia się przy pomocy różnych ostrych końcówek swojego ciała. Innymi słowy, witamy w epoce kamienia łupanego. Gracze stają się plemieniem, które staje przed nie lada wyzwaniem. Trzeba wybrać Głos Plemienia. Oczywiście o demokracji nie ma mowy, zwykle wygrywa ten co ma – wybaczcie określenie – większą pałę. Tym razem jednak trzeba użyć głowy i to nie po to aby znokautować przeciwników ciosem z bańki, ale żeby zapamiętać i powtórzyć płomienne przemówienia. Komu będzie to szło najlepiej, ten zdobędzie fuchę (oraz kobiety/mężczyzn i najlepsze kawałki z mamuta).

Gra jest banalna. Każdy z graczy dostaje po trzy karty, które zakryte trzyma przed sobą. Na każdej karcie znajduje się jakieś „słowo”, oraz rysunek. Rysunki są jedynie pomocnicze, ale o tym później. To właśnie słowa grają tu główną rolę. Pierwszy gracz wykłada kartę, wypowiada zawarte na niej słowo i wyznacza kolejnego delikwenta, wypowiadając gromkie HA i wskazując go paluchem. Wybrany, wykłada swoją kartę, zakrywając poprzednią, wypowiada słowo znajdujące się na karcie, którą zakrył, potem słowo ze swojej karty i wskazuje kolejnego kandydata (HA plus paluch). Kolejny wykłada kartę, mówi słowa z kart, które już leżały, potem swoje słowo i przekazuje kolejkę. I tak dalej. Łapiecie już? Proste jak słuchawki w kieszeni.

Oczywiście cała zabawa nie tkwi w tym, że wszyscy będą poprawnie powtarzać ciągi dziwnych wyrazów. Zabawa jest wtedy, kiedy ktoś się pomyli, albo ktoś będzie myślał, że ta osoba się pomyliła. W każdym momencie można oskarżyć danego gracza, że tak to nie leciało i go ukarać. Oskarżać może dowolny gracz, a nawet więcej niż jeden jednocześnie. Dokonuje się tego używając wyciągniętego oskarżycielsko palucha (ci prehistoryczni mieli coś nie tak z tymi paluchami) i donośnego UUUUU. Po oskarżeniu trzeba sprawdzić jego prawdziwość. Jeśli delikwent faktycznie się pomylił, zgarnia karty ze środka jako punkty karne, a każdy z oskarżających może mu dorzucić jeszcze jedną ze swojej karnej kupki. Może się jednak przydarzyć, ze oskarżenie się walnęło i delikwent gadał z sensem – a przynajmniej zgodnie z tym co napisane było na kartach ze stosu. Wtedy to oskarżyciele zgarniają karne karty, rozdzielone równo pomiędzy nich. Czy świta Wam już, że wygrywa ta osoba, która na końcu ma najmniej punktów karnych?

Oczywiście oprócz zbierania karniaków, można się też ich pozbywać. Wystarczy, że po położeniu trzeciej karty, gracz poprawnie wypowie wszystkie słowa z kupki (albo powie bzdury, ale nikt go nie oskarży) może tryumfalnie wykrzyknąć UGA BUGA i rozdać swoje karniaki pozostałym graczom.

Gra kończy się, kiedy w talii nie ma już wystarczającej liczby kart, aby uzupełnić graczom ich zakryte karty do trzech. Uzupełnianie ma miejsce za każdym razem gdy ktoś krzyknie UGA BUGA, lub gdy gra zostanie przerwana oskarżeniem.

Rozgrywka jest szybka i świetna. Grupa graczy brzmi jak stado wyjątkowo agresywnych szympansów, kłócących się o transport bananów. Śmiechu jest mnóstwo, zarówno w grupie, jak i wokół, jeśli ktoś się przysłuchuje. Trzeba tylko wejść w rolę i faktycznie ograniczyć cywilizowane dźwięki.

Uga Buga, jak na imprezówkę przystało, została wydana w niewielkim metalowym pudełeczku, wielkości tego z Palce w Pralce. Wewnątrz ukryte są 54 karty, z czego 52 służą do gry, a 2 pełnią rolę instrukcji. Karty są mniej więcej tej samej jakości, co te z Palców. Średniej grubości, śliskie i kolorowe. Jak już wspomniałem, na każdej jest „słowo” i rysunek. Co istotne, do każdego słowa zawsze dodany jest ten sam rysunek. Ma to znaczenie przy ułatwieniu, o którym pisałem na początku. Otóż dla młodszych graczy, albo takich co jeszcze nie czują się pewnie zaproponowano wersję „easy” rozgrywki. Otóż karty wykłada się w ten sposób, aby z tej dolnej zakryć tylko słowo, pozostawiając jednocześnie na widoku rysunek. Dzięki temu można nieco łatwiej zapamiętać ciąg wyrazów, jaki znajduje się w danej chwili na stole.

Jak dla mnie Uga Buga jest świetną pozycją. O ile traficie na podatny grunt, czyli towarzystwo skore do wygłupów – choć to warunek istniejący przy większości gier imprezowych. Poręczna, tania, wesoła i dla każdego. W zasadzie można ja podsumować jednym zdaniem. AKA MITI TOTO PO INA KANA CZA! HA!

Dziękujemy firmie Rebel.pl za udostępnienie egzemplarza gry do recenzji.

Ocena 8/10

Plusy:
+ proste zasady
+ kupa śmiechu
+ szybka rozgrywka
+ kapitalna zabawa

Minusy
- nie dla tych, którzy mają kłopoty z zapamiętywaniem.

Uga Buga

Gatunek gry: towarzyska
Wydawca: Rebel
Liczba graczy: 3-8 osób
Czas gry: ok. 20 min.
Dopuszczalny wiek graczy: 7+
W pudełku:
  • 52 karty gry
  • 2 karty zasad
Cena sugerowana producenta: 44,95 zł


blog comments powered by Disqus