Recenzja gry Save Doctor Lucky autorstwa Adama Waśkiewicza
Czy dobry uczynek spełniony ze złych pobudek nadal pozostaje dobry? Czy ratowanie ludzkiego życia wyłącznie z chęci zysku jest cnotą, czy grzechem? Czy można za dobrego uznać kogoś, kto pragnie, by jego chwalebne działania widziało jak najwięcej osób, by mógł się potem pławić w blasku chwały?
Te i inne pytania pozostawmy filozofom i etykom - oni z pewnością będą znakomicie spędzać czas, debatując nad moralnymi aspektami ludzkich uczynków, podczas gdy miłośnikom gier planszowych pozwólmy przenieść się na mroźne wody północnego Atlantyku, gdzie pamiętnej nocy 14 kwietnia 1912 największy i najbardziej luksusowy transatlantyk tamtych czasów kończył swój dziewiczy rejs w sposób, jakiego w najbardziej szalonych snach nie przewidział ani żaden z jego konstruktorów, ani - tym bardziej - pasażerów. Statek tonął bowiem po niespodziewanym (czy ktokolwiek normalny spodziewa się takich rzeczy?) zderzeniu z górą lodową.
Na jego pokładzie, pośród setek spanikowanych pasażerów rozpaczliwie próbujących ocalić życie, spokojnie przechadzał się jeden z najsłynniejszych i najbogatszych ludzi świata. Doktor Lucky wydawał się nie zdawać sobie sprawy z tego, co dzieje się wokół niego, miarowym krokiem przemierzając pokłady okrętu, jak co wieczór od kilku ostatnich dni zażywając wieczornego spacerku przed położeniem się spać - dokładnie tak, jak zalecili mu lekarze. Jego śladem ukradkiem podążało grono innych pasażerów - krewnych i znajomych doktora, jak i osób zupełnie przypadkowych, które w tej tragicznej sytuacji ujrzały szansę na wykorzystanie nadarzającej się okazji i poprawienia swego bytu - przecież jeżeli uratuje się starego doktora przed spektakularnym zejściem na pokładzie tonącego okrętu, z wdzięczności na pewno uwzględni on swego wybawcę w testamencie, nie mówiąc już o sławie, która na pewno czeka na wybawiciela milionera. Problem jednak nie tylko wtym, że nie chcemy dzielić się sławą z nikim, ale także w tym, że doktor (oprócz swego wręcz legendarnego szczęścia) słynie z wyjątkowo kiepskiej pamięci - trzeba więc zapewnić sobie obecność świadków, którzy będą mogli potwierdzić nasz chwalebny postępek, na sklerotycznego doktora nie ma tu bowiem co liczyć.
Doktor Lucky to postać doskonale znana miłośnikom abstrakcyjnych gier planszowych wydawnictwa Cheapass Games - Kill Dr Lucky to jeden z flagowych produktów tej firmy, który przyniósł jej nie tylko prestiżowe nagrody, ale zapewnił jej powodzenie u miłośników planszówek na całym świecie. Śledzenie doktora w jego posiadłości i kombinowanie by ukatrupić go, nim zrobi to ktoś inny okazało się tak dobrą zabawą, że gra doczekała się aż ośmiu wydań, wzbogacanych o zasady dodatkowe i opcjonalne. Save Dr Lucky to druga gra wykorzystująca postać doktora i mechanizmy sprawdzone z powodzeniem w swej poprzedniczce.
Zmiana starej posiadłości na tonący statek i zabijania doktora na jego ratowanie to tylko pozornie zmiany jedynie kosmetyczne - choć wiele elementów pozostaje identycznych co w Kill Dr Lucky (między innymi układ tur i rodzaje kart), sama rozgrywka różni się na tyle, że nawet po rozegraniu naprawdę wielu partii Killa może przynieść pewną miłą odmianę, pewien powiew świeżości.
Podobnie jak w recenzowanej już przeze mnie grze Kill Dr Lucky, tura każdego gracza dzieli się na dwie fazy - w pierwszej może on poruszyć się o jedno pomieszczenie, zagrać na siebie lub doktora karty Ruchu przesuwając odpowiedni pionek o określooną liczbę pól lub od razu do konkretnego pomieszczenia, w drugiej zaś albo przeszukiwać zajmowane aktualnie pomieszczenie i pociągnąć kartę (ale tylko wówczas, gdy w fazie ruchu nie zagrał żadnych kart), albo podjąć próbę uratowania doktora, ewentualnie wzmacniając ją użyciem którejś z posiadanych kart (takich jak Kapok, Zapałki Sztormowe albo Apteczka - niektóre z nhich lepiej działają w określonym pomieszczeniu). I tutaj pojawiają się dwa problemy - pierwszy z nich jest identyczny do tego, który znamy już z gry o mordowaniu staruszka - inni gracze mogą zagrywać karty Porażek, osłabiając nasze próby ocalenia doktora - gdy ich siła spadnie do zera, próba jest nieskuteczna, a nasza tura kończy się porażką; druga natomiast jest wprost przeciwna do tego, do czego mogła nas przyzwyczaić gra Kill Dr Lucky - tutaj bowiem nie musimy dbać o to, by inni gracze nie widzieli nas gdy podejmujemy próby pozbawienia doktora życia - musimy postarać się, by próby ocalenia doktorowi skóry widział przynajmniej jeden z pozostałych uczestników gry.
Nieco inny jest także układ planszy i kart - plansza gry przedstawia cztery pokłady tonącego statku, a wszystkie karty podzielone są na cztery kupki przypisane do poszczególnych części. Inaczej niż w KDL gracze nie zaczynają gry w jednym pomieszczeniu, lecz każdy z nich odrębnie losuje, w jakiej kajucie rozpocznie poszukiwanie doktora - wymusza to większą mobilność, skoro do zwycięstwa konieczne jest znajdowanie się w naszym pobliżu przynajmniej jednego innego gracza. Jeżeli natomiast ciągniemy kartę znajdując się na konkretnym pokładzie, bierzemy ją ze stosu przypisanego do tego właśnie pokładu - gdy pociągnięta zostanie ostatnia z nich, pokład tonie, a znajdujący się na nim gracze przenoszą się na wyższy. Kiedy zaś zatopieniu ulegnie ostatni z pokładów, a nikomu nie uda się do tego czasu ocalić doktora - toną wszyscy. Bardzo łatwo zauważyć, że pozwala to uniknąć sytuacji, kiedy gracze zamiast podejmować próby ocalenie doktora, radośnie kolekcjonują karty - taka strategia przyspiesza tylko nieuchronną zagładę wszystkich, choć muszę przyznać, że nie spotkałem się jeszcze z sytuacją, by gra zakończyła się przez wyczerpanie kart.
Uważni czytelnicy spytają zapewne, jak w takim razie sprawdzają się karty pozwalające przenieść się w swoim ruchu do konkretnego pomieszczenia - czy nie stają się one bezużyteczne w momencie, gdy dane pomieszczenie znajduje się na już zatopionym pokładzie? Na szczęście autorzy gry pomyśleli o tym, i wszystkie karty Pomieszczeń można także wykorzystać jako zwykłe karty ruchu, umożliwiające przemieszczenie się o określoną liczbą pomieszczeń.
Gra jest banalnie prosta, a jednocześnie wciągająca. Oznaczenia kart są czytelne i jednoznaczne, umożliwiając rozgrywkę nawet osobom praktycznie kompletnie nie znającym angielskiego, jedynie na początku nieco trudności może sprawić odnajdywanie na planszy konkretnych pomieszczeń, szkoda także, że - inaczej niż w Kill Doctor Lucky - komentarze na kartach (zwłaszcza kartach Porażek) często się powtarzają, stwarzając z czasem poczucie pewnej monotonii. Być może to właśnie jest przyczyną, dla której gra ta nie wzbudziła u mnie takiego entuzjazmu co jej poprzedniczka - a może po prostu, wykorzystując znany mi już mechanizm, nie stanowiła aż takiej nowości, jak zabawa w zabijanie Doktora Szczęściarza. Niemniej jednak z czystym sumieniem mogę polecić ją wszystkim miłośnikom dobrych planszówek. Jak w przypadku większości gier wydawnictwa Cheapass Games dodatkowym jej plusem jest także bardzo atrakcyjna cena - za równowartość nieco ponad dwudziestu złotych (7,50$) otrzymujemy kompletną grę, konieczne będzie jedynie zaopatrzenie się w kilka pionków do reprezentowania poszczególnych graczy (i jednego dodatkowego dla doktora), te jednak z powodzeniem zastąpić można kostkami, monetami albo właściwie praktycznie jakimikolwiek drobnymi przedmiotami.
Dziękujemy wydawnictwu Cheapass Games za udostępnienie gry do recenzji.






