Recenzja gry "Munchkin Cthulhu"

Autor: Tomasz "Gambit" Dobosz
Korekta: RAJ
4 sierpnia 2007

Przedwieczni to poważny temat. Wiedzą o tym zarówno miłośnicy prozy Lovecrafta, jak i ci, którzy wielokrotnie próbowali bronić Arhkam i Dunwich przed uśpionym Złem. Przedwieczni to obłęd, zło, strach i śmierć. Nikt nie może tego podważyć. Zaraz… na pewno nikt? A co ze Steve Jackson Games?

Dlaczego tę właśnie firmę wywołałem do tablicy? To proste, właśnie oni postanowili wyśmiać każdy chwytliwy temat na jaki tylko trafią. Zaczęli od gier RPG i pewnego specyficznego podejścia niektórych graczy do tematu. Tak powstała karcianka Munchkin, która wyśmiewa się ile wlezie z sesji gier fabularnych. Temat chwycił na tyle, że nie tylko powstały dodatki do klasycznego Munchkina, ale również SJG zaczęli eksploatować inne chwytliwe tematy. Przejechali się po space operach (Star Munchkin), superbohaterach, (Super Munchkin), filmach karate (Munchkin Fu), świecie mroku (Munchkin Bites) i kilku innych. Każda gra z Munchkinem staje się hitem. Mniejszym, lub większym, ale zawsze. Co istotne, gry owe są tworzone w taki sposób, aby dało je się ze sobą bez problemu łączyć i grać scalonymi taliami z Munchkin Fu i na przykład Super Munchkin. Takie rozwiązanie daje całej serii jeszcze większego kopa.

No ale wystarczy o ogółach, czas przejść do szczegółów. W pierwszym akapicie wspomniałem o Przedwiecznych z konkretnego powodu. Otóż najnowsza część karcianej sagi Steve Jackson Games nosi tytuł Munchkin Cthulhu i jak można się domyślać, wywraca do góry nogami całe mity Lovecrafta.

Cel gry jest prosty jak świński ogon. Wygrywa ten z graczy, który jako pierwszy osiągnie 10 poziom doświadczenia. Dróg do owego celu jest mnóstwo… chociaż może jednak nie… W zasadzie to jest tylko jedna. Zabijać nienazwane monstra i zbierać nieopisane skarby, aby stać się niewyobrażalnie potężnym. Po drodze można jeszcze niespodziewanie wbijać nieprzygotowanym towarzyszom niewysterylizowany nóż, w nieosłonięte plecy. Wszystko to ma przybliżyć naszą postać do upragnionego poziomu oznaczonego liczbą 10.

Rozgrywka dzieli się na tury. Każdy z graczy po kolei wykonuje swoją rundę podzieloną na odpowiednie fazy, w czasie których ma szansę na znalezienie kłopotów, dzięki czemu awansuje na wyższy poziom. Zabawa zaczyna się od Otworzenia Drzwi. To taki standardowy odpowiednik spotkania. Otworzenie Drzwi, to ciągnięcie karty z odpowiedniej kupki. Zwykle za Drzwiami „cthoś” czyha, więc można spotkać monstrum, co powoduje przejście do walki. Ewentualnie można zostać przeklętym lub też znaleźć coś co przyda się w następnych spotkaniach.

Jeśli Otworzenie Drzwi nie wystawiło nam na strzał jakiejś potworności, zawsze można poszukać jej samemu w kolejnej fazie, zwanej malowniczo Szukanie Kłopotów. Zagrywa się wtedy monstrum z ręki, oczywiście tylko po to, aby je ubić i awansować.

Oprócz awansu, ubijanie potworów, daje jeszcze skarby. Trzecia faza to Przeszukiwanie, w trakcie której gracze zdobywają skarby za ubite okropności.

Końcowa faza to…Dobroczynność, polegająca na przekazaniu nadmiaru kart najbiedniejszemu pod względem poziomu graczowi.

Proste, czyż nie? Oczywiście, że proste. Małe zamieszanie może nastąpić w trakcie walki, gdy zaczyna się przerzucanie kartami. Gracz stojący naprzeciw nieopisanego okropieństwa zagrywa karty, które dają mu wszelakie dopaki, liczy bonusy ze swojego super-hiper-mega wypasionego sprzętu do eksterminacji Przedwiecznych. I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że za plecami czają się zazdrośni o potęgę współgracze. Nie zawahają się oni zagrać karty, która dopakuje…potwora. Zrobią wszystko, aby „kolega” nie wygrał i nie stał się silniejszy. No chyba, że jak na najlepszego przyjaciela przystało, kolega poprosi o pomoc, popierając swoją prośbę odpowiednio wyrażoną wdzięcznością. Wdzięczność można wyrazić na wiele sposobów. Można przekazać jakiś wartościowy przedmiot w zamian za pomoc, albo na przykład roześmiać się szyderczo i zostawić fraje…ekhm, przyjaciela na pożarcie monstrum. Możliwości jest sporo.

Mechanicznie i tematycznie gra jest rewelacyjna, jednak wiele osób zwraca też uwagę na wykonanie. Należy się Wam też kilka słów i o tym aspekcie. Karty Munchkin Cthulhu nie są zbyt grube, jednak przy odpowiednim użytkowaniu nie będą się zbytnio wyginały.

W karciankach najważniejszą sprawą, decydującą o ich wizualnym odbiorze, są grafiki na kartach. Munchkin Cthulhu jest ilustrowany przez naczelnego rysownika tej serii, czyli Johna Kovalica. Kreska Johna jest bardzo specyficzna, ale rewelacyjnie moim zdaniem pasuje do prześmiewczego stylu gry. Gdy do tych grafik dodać pomysły kart, takie jak potwór zwący się Tht Whch Hs N Vwls (czyli po polsku Tn Ktr N M Smgłsk), albo rewelacyjna klątwa Hastur, Hastur, Hastur, która działa tylko wtedy gdy gracz wypowie to imię trzy razy (jak nie wypowie klątwa nie działa, ale jak radzi napis na karcie – trzeba być odważnym), to odbiór gry musi być bardzo dobry.

Każdy Munchkin, a zatem i Munchkin Cthulhu, najlepiej sprawdza się w grupie ludzi, którzy „czają o co biega”. Jeśli zna się temat, który jest parodiowany w danym „odcinku” zabawa jest przefajna. Osobiście zaryzykowałem i zabrałem grę na spotkanie ze znajomymi, którzy nie mają styczności z RPG’ami, czy planszówkami, ani inną rozrywką w tym stylu. Efekt był w pewien sposób do przewidzenia. Tak jak się spodziewałem, znajomi ci nie czuli większości żartów i prztyczków danych w nos Przedwiecznym i nie śmiali się z kart takich jak: O R’lyeh? albo The Stars Are Confused. Jednak z drugiej strony, po dwóch rozgrywkach zaczęli się dobrze bawić, śmiejąc się z rysunków na kartach, choć znajdowali inne powody do wesołości. W sumie rozegraliśmy już jakieś osiem partii i za każdym razem było rewelacyjnie. Jest jednak dość ważna rzecz, o której trzeba pamiętać, gdy zabiera się Munchkina do niewypróbowanych pod tym względem ludzi. Upewnijcie się, czy znają oni angielski, gdyż bez tego może być kiepsko. Na szczęście moi należą do tych językowych, co pozwoliło nam bawić się bez problemów.

Cóż mogę rzec na koniec… Munchkin Cthulhu to gra ze wszech miar rewelacyjna. Ma szansę sprawdzić się w każdym towarzystwie. Mnóstwo humoru i śmiechu to coś, co tygrysy lubią najbardziej. Świetny przerywnik między dużymi pozycjami albo wypełniacz czasu w knajpce lub innym spotkaniu towarzyskim. Chciałbym tylko jeszcze zobaczyć jak sprawuje się kilka wymieszanych tematycznych Munchkinów. Ale na razie gorąco zachęcam do zakupu Munchkin Cthulhu. Albo innego dowolnego Munchkina. Nie zawiedziecie się.

Ocena Końcowa: 9/10

Plusy:
+ Cthulhu
+ Munchkin
+ grafiki
+ humor
+ i w ogóle wszystko

Minusy:
- chce się jeszcze więcej…to uzależnia

Recenzja została napisana na podstawie oryginalnej wersji gry.

Munchkin Cthulhu (edycja polska)

Premiera gry: 30 sierpień 2011
Gatunek gry: karciana
Wydawca: Steve Jackson Games
Liczba graczy: 3-7 osób
Czas gry: ok. 60 minut
Dopuszczalny wiek graczy: od 8 lat
W pudełku:
  • 165 kart
  • kostka
  • instrukcja
Cena sugerowana producenta: 79,90 zł


blog comments powered by Disqus