Munchkin Conan - recenzja gry

Autor: Coen
Korekta: Tomasz "Gambit" Dobosz
9 stycznia 2015

Nie ma chyba osoby, która chociażby nie słyszała o cymeryjskim wojowniku. Twórcy Munchkina postanowili nie pozostawać w tyle i zawędrowali do rozległej i bogatej Hyborii. Oto przed Wami Munchkin: Conan, czyli możliwość stania się legendą pokroju samego Conana!

Steve Jackson Games para się produkcją serii Munchkin już od kilku dobrych lat. Kilkukrotnie zdarzyło mi się spotkać z różnymi wersjami w zupełnie niespodziewanych środowiskach, że o chociażby rozgrywkach podczas okienka na zajęciach wspomnę. Nigdy nie przestawał mnie zaskakiwać fenomen tej produkcji, ale jakoś nie miałem okazji podejść do niej na spokojnie i zagłębić się w tajniki – do czasu!

W najnowszej odsłonie sagi wszystko staje na głowie. Chociaż odpowiedniejszym wyrażeniem byłoby określenie na „mocarnych i wykonanych ze stali ramionach Conana”. W Hyborii bywa niebezpiecznie i niejednokrotnie będziemy zmuszeni skorzystać z pomocy tego niesamowitego herosa: czy to przy zdobywaniu poziomów, czy też przy pokonywaniu przeciwników.

Poziomy to podstawa zasad i zwycięstwa: musimy zdobyć ich 10, aby wygrać grę. Początkowo może wydawać się to banalne, ale im bliżej końca, tj. upragnionego maksymalnego poziomu i siły naszego alter ego, tym bardziej zawistni stają się nasi „przyjaciele”. Nie dajcie się zwieść uśmieszkom i chęci niesienia pomocy: wszyscy czekają, aby tylko dorzucić złośliwe karty przy najbliższym spotkanym przeciwniku. Jest to jedyna możliwość, aby gracze sobie nawzajem przeszkadzali, ale interakcji między nimi nie brakuje. Możemy się targować za pomoc, możemy sprzedawać przedmioty, formować sojusze, a nawet okazyjnie wbijać sojusznikowi sztylet w plecy. Wszystko w jednym, standardowym, hyboryjskim dniu pracy. W czasie owego dnia pracy 4 graczy będzie w stanie rozegrać cztery do ośmiu gier, co daje imponującą średnią około 50-90 minut na rozgrywkę.

Wszystko odbywa się w turach, gdzie każdy z graczy wykonuje ściśle określone akcje. Wydaje się nudne, prawda? Nic bardziej mylnego! Spore stosy kart i olbrzymia losowość sprawiają, że przebieg rozgrywki może, co prawda, w początkowych kolejkach okazać się spokojny, ale w późniejszym okresie raczej Wam to nie grozi. Wszystko można zamknąć w czterech ruchach: otwórz drzwi, jeśli nie było tam potwora, to poszukaj guza rzucając jednego z ręki albo zdecyduj się na dobranie sobie tylko znanej karty do ręki. Masz więcej niż 5? Podziel się z biedakami, którzy nadal wloką się w ogonie niskich poziomów. Voila! Tura zakończona, następny proszę!

Brzmi łatwo? Początkowo takie się wydaje. Musieliśmy rozegrać kilka gier, aby poznać niuanse. Problem pojawił się w momencie, kiedy niektóre z sytuacji nie zostały zbyt klarownie opisane w instrukcji. W papierowej broszurce (Czytać?! Conan nie czytać! Conan mordować!) znajdziemy informacje głównie ogólne, bez konkretnych przykładów rozgrywki, co bardzo by się przydało świeżakom w Hyborii. Szczególnie w przypadku niektórych kart ze sprzecznymi opisami. Jednak kilka(naście) gier wystarcza, aby poznać większość nietypowych rozgrywek, zagrań czy nietypowych reguł.

Tak naprawdę sprawa komplikuje się im bliżej finału: walki stają się dużo bardziej chaotyczne, jakby mieszał w nich jakiś Stygyjczyk co najmniej! Pojawiają się wtedy karty, o których istnieniu nie wiedział nawet Conan i zaczyna się matematyka. Nierzadko zdarzało się, że na zakończenie gry, przynajmniej tak nam się już wydawało, mieliśmy do podliczenia 12 lub więcej kart. I to nie licząc ekwipunku czy innych bonusów wynikających z kart posiadanych w ekwipunku.

Swoją drogą, to wstyd nie wspomnieć o kreatywności nazw kart, jak również samej oprawy graficznej. Niejednokrotnie życie ratował mi sztylet, który wzmacniał mój atak o +3 za każde K w nazwie przeciwnika. Różowe Jedwabne Cichobiegi stały się natomiast powodem, dla którego znienawidziłem łotrzyka. Od czasu do czasu trafimy również na Burdę w Karczmie czy Conan Pomaga, co zaowocuje w potyczkach lub sile naszej postaci. Obrazki, nazwy kart, ich opisy – to wszystko wykonane jest świetnie i nawet przy n-tej rozgrywce z rzędu potrafi wprowadzić uśmiech na twarz grających. Polska wersja językowa naprawdę daje tu radę.

Na koniec zostawiłem dorzucenie łyżki dziegciu do beczki miodu. Munchkin: Conan jest przede wszystkim za mały i za krótki. Zapewne brzmi to śmiesznie w odniesieniu do największego wojownika Hyborii (Nie jesteś za niski, jak na Conana?), ale po kilkunastu rozgrywkach aż chce się czegoś więcej. Można skorzystać z zasad rozwijających do Epic Munchkina, a nawet dodatkowych talii, ale to wszystko, poza zasadami Epic, dodatkowe wydatki. Podobnie sprawa wygląda przy aplikacji liczącej poziomy lub kościach w edycji Munchkin do liczenia poziomów. W pewnym momencie podczas przeglądania listy dostępnych rozwinięć, zwłaszcza tych nieobowiązkowych, poczułem się, jakbym dostał grę komputerową w modelu „kup pan, panie, wszystkie DLC, bo będziesz się nudzić”. A że jednym z nich może okazać się zbroja dla konia? Conan miał podobno okazałego wierzchowca…

Dziękujemy wydawnictwu Black Monk Games, za udostępnienie egzemplarza gry do recenzji

Ocena końcowa: 9/10

Plusy:
+ Conan
+ Munchkin
+ styl graficzny
+ opisy
+ obecne na każdym kroku poczucie humoru
+ polska wersja językowa

Minusy:
- po pewnym czasie wydaje się mała i skromna…
- … a do tego oferowanego są DLC do planszówki

Munchkin Conan

Gatunek gry: karciana
Wydawca: Black Monk Games
Liczba graczy: 3-6 osób
Czas gry: ok. 90 minut
Dopuszczalny wiek graczy: 10+
W pudełku:
  • 168 kart
  • kostka k6
  • instrukcja


blog comments powered by Disqus