Recenzja gry Lord of the Fries
Niedawno jedna z wielkich sieci fast-foodów ujawniła, jak ma się zawartość jej produktów do dziennego zapotrzebowania na składniki odżywcze - okazało się, że soczysty hamburger to ponad połowa tłuszczu potrzebnego w ciągu całego dnia, a jeżeli dodać do niego frytki i colę, to jeden posiłek w takiej jadłodajni teoretycznie powinien wystarczyć dorosłej osobie na cały dzień. Dietetycy biją na alarm a ekolodzy dodają do tego oskarżenia wielkich koncernów żywnościowych o dodawanie do jadłospisu przyszłych hamburgerów i chrupiących skrzydełek końskich dawek hormonów, antybiotyków i nie wiadomo jakich jeszcze składników.
Jednak bary szybkiej obsługi to wdzięczny temat nie tylko dla specjalistów od żywienia i antyglobalistów obwiniających je o (prawie) całe zło tego świata. Stanowią one także ciekawy temat dla autorów gier planszowych - firma Cheapass Games wydała dwie niekolekcjonerskie gry karciane, w których gracze mają niepowtarzalną okazję wcielić się w pracowników fast-foodów. O Give Me the Brain! pisałem już jakiś czas temu, tym razem na warsztat wezmę drugą grę utrzymaną w tym klimacie - Władcę Frytek (Lord of the Fries).
Podobnie jak Daj Mi Mózg!, także i ta gra doczekała się wersji deluxe, w której karty wydrukowane są w pełnym kolorze, ciesząc oczy ślicznymi, wielobarwnymi obrazkami - inaczej niż w Give Me the Brain! tutaj faktycznie ma to znaczenie, jako że ilustracje zajmują praktycznie całą powierzchnię kart, nie ma tu przesycenia tekstem, jaki momentami bywa męczący w innych karciankach - na kartach praktycznie w ogóle nie uświadczymy tekstu, poza samymi obrazkami znajdują się na nich tylko nazwy poszczególnych kart i symbole je oznaczające.
Komplet do gry składa się z 98 kart Składników oraz czternastu kart Menu. Grę rozpoczynamy wybierając konkretne menu i składając dopasowaną do niego talię - zależnie od tego, na jaką kuchnię się zdecydujemy, różna będzie w niej ilość poszczególnych składników - na przykład w kuchni chińskiej niewiele znajdziemy potraw wykorzystujących ryby lub żółty ser, podczas gdy nie sposób sobie wręcz wyobrazić, jak mogłaby bez nich funkcjonować restauracja serwująca dania kuchni włoskiej (pizza i frutti di mare raz?).
Następnie karty tasujemy i rozdajemy graczom. Osoba rozpoczynająca rozgrywkę za pomocą rzutu kostką wybiera z menu konkretnej kuchni pierwsze danie, które będą próbowali przyrządzić pozostali gracze. Każda potrawa opisana jest za pomocą symboli tworzących je składników - i tak na przykład Chezzabunga to kombinacja Bułka - Ser - Wołowina, a Szaleństwo Króla Jerzego to Bułka i sześć Napojów. Następny gracz w kolejce wykłada składniki tworzące zamawiane danie, jeżeli nie ma wszystkich potrzebnych ingrediencji, przekazuje jedną kartę następnemu graczowi i kolejka idzie dalej. Jeżeli okaże się, że żaden z graczy (łącznie z kończącym kolejkę zamawiającym) nie był w stanie zrealizować zamówienia, w następnej kolejce można przyrządzając potrawę pominąć jeden z tworzących ją składników - i na przykład przyrządzić Chezzabungę bez sera. Kiedy komuś uda się zrealizować zamówienie, przejmuje pałeczkę i sam decyduje, jaką potrawę będąpitrasić jego współgracze. Może wybrać coś z menu, lub zdać się na ślepy traf losując danie z menu za pomocą rzutu kostką. Ma to olbrzymie znaczenie nie tylko dlatego, że wybierając potrawę może zdecydować się na taką, do której składniki ma na ręku, ale także dlatego, że jeżeli wyboru dokona za niego los, gracze nie będący w stanie zrealizować zamówienia karty przekazywać będą nie następnemu graczowi w kolejce, a właśnie temu, który składał zamówienie. W istotny sposób wpływa to na strategię przyjmowaną w poszczególnych etapach rozgrywki - na początku bardziej opłaca się losować potrawy i zbierać karty pomocne przy realizację zamówień składanych przez innych graczy, równocześnie pozbywając się z ręki tych kart, których mamy najwięcej, jeżeli akurat nie mamy możliwości złożenia potrawy zamówionej w danej kolejce. W późniejszych etapach gry bardziej opłaca się wybierać z menu te potrawy, do których mamy pasujące składniki, a pozbywać się najwyżej punktowanych składników - gra kończy się bowiem w momencie, gdy któryś z graczy pozbędzie się wszystkich kart, a od sumy punktów za ułożone potrawy odejmuje się wartość punktową kart, jakie zostały graczowi na ręce.
Gra, pomimo swojej banalnej wręcz prostoty, jest bardzo wciągająca, i zapewnia rozrywkę przez wiele rozgrywek. Nie nudzi się nie tylko dzięki różnorodności poszczególnych menu, ale także dzięki temu, że z każdą kuchnią wiążą się specjalne zasady dodatkowo uatrakcyjniające rozgrywkę - i tak na przykład w kuchni angielskiej za każdą kolejkę, w której zamówienie nie zostanie zrealizowane, jest ono warte dodatkowe pięć punktów, a w meksykańskiej, każde mięso można zastąpić dowolnym innym, choć nie otrzymuje się wówczas za nie punktów (chrupiące skrzydełka z... kopytami?).
Gra przeznaczona jest dla 3-8 graczy, jednak najlepiej gra się w 4-5 osób, poza tym na stronie wydawcy zamieszczone zostały także opcjonalne reguły pozwalające grać nawet w dwie osoby, jednak mnie osobiście kompletnie one nie podeszły, i taką rozgrywkę uważam za co najmniej dziwaczną.
Wczytując się w opis poszczególnych menu odkryć można dodatkowe smaczki - Friedey's Restaurant to nazwa jadłodajni, w której bezmózgich pracowników wcielają się gracze w Give Me the Brain!, Secret Tijuana Deathmatch (jedna z potraw kuchni meksykańskiej) to także nazwa innej gry Cheapassa. Ale głównym plusem gry, poza jej wysoką grywalnością i prostymi zasadami jest oprawa graficzna - ilustracje na kartach poszczególnych składników przepełnione wręcz są absurdalnym humorem - Drób ozdabia wizerunek przerażonego kurczaka ściganego przez bezgłowego zombiego wymachującego piłą łańcuchową, Sos ukazuje nam równie miło wyglądającego umarlaka mieszającego podejrzane składniki, ze wszystkich pozostałych kart także spoglądają zielone, gnijące, uśmiechnięte fizjonomie zombich, mnie najbardziej spodobały się Ryby - osobnik przedstawiony na ilustracji ozdabiającej kartę ma na głowie sporych rozmiarów ośmiornicę, dzięki czemu wyglądem zdumiewająco przypomina Wielkiego Cthulhu.
Lord of the Fries należy do tych gier, w które grać można właściwie bez jakiegokolwiek przygotowania, talia z łatwością mieści się do kieszeni plecaka, zasady można bez problemu wytłumaczyć nawet w trakcie szkolnej przerwy, a absurdalny humor gry zapewnia znakomitą rozrywkę. Wprawdzie po kilku bądź najdalej kilkunastu rozegranych z marszu grach zaczyna być z lekka nużący, jednak szybko można wrócić do gry, gdy zabraknie czasu na bardziej wymagające planszówki. Z gier Cheapassa, z którymi zetknąłem się do tej pory, Władca Frytek zalicza się do ścisłej czołówki, podobne opinie mają także moi znajomi, którzy mieli okazję w niego zagrać. Chociaż, z drugiej strony, po zetknięciu się z tą grą z nieufnością patrzę na wszelkiego rodzaju bary szybkiej obsługi...
Dziękujemy wydawnictwu Cheapass Games za udostępnienie gry do recenzji.






